Sławosz Smoleń: - To jest nazwa oznaczająca po prostu człowieka, a wywodzi się z języków wołoskich pasterzy, no i ruskich języków też. Ludyny to po prostu: ludzie.
- A skąd się wzięły?
- Robię je od czasów, kiedy na Ukrainie wybuchła wojna. Aczkolwiek nie chciałbym, żeby to było za bardzo kojarzone tylko z tą wojną, ale...
- ...ale da się uciec od tego?
- Nie da się uciec, zwłaszcza, że byłem związany bardzo z tą całą historią. Gdzieś tam, moi koledzy ginęli. Nie umiałem i nie potrafię się z tym pogodzić. Ale nie chciałbym dawać jakichś konkretnych odpowiedzi. Chciałbym, żeby ta wystawa była pretekstem. Pretekstem do rozmowy, rozmyślań, do powstawania jakichś nowych myśli.
- Tymczasem te twarze, głowy, to nie są takie normalne, portretowe głowy, prawda? To, co je łączy, to: ból, cierpienie, rozpacz.
- Mamy tyle tego naokoło... Mówię o wydarzeniach okrutnych, które jeszcze teraz, jak widzimy, trawi cały świat.
- Rzeźbiąc, miałeś konkretne twarze przed oczyma?
- Nie. Twarze owszem, mam w pamięci. Ale rzeźbiąc, nie chciałem ich odtwarzać. Działam zawsze impulsywnie i pod wpływem emocji, więc jakby samo to wyklucza też jakieś takie stricte portretowe historie. One mnie nudzą po prostu. To raczej był pomysł powstania właśnie takiej jednej grupy.
- Kojarzysz się jako człowiek wesoły, z humorem. Wystarczy obejrzeć krótkie filmy na YouTube. A tu nagle... szok.
- Zdaję sobie z tego sprawę i często ludzie mi te pytania zadają. Tu nie chodzi o mruganie do widza, bo za to mnie gani zawsze profesor Kuskowski. To się dzieje niezależnie ode mnie. Ja coś czasem zrobię, a później pomyślę i dlatego po jakimś czasie dopiero wykluwa mi się jakaś całość.
- Piszesz o sobie: "wciąż naprawiam i demoluję". Tutaj to też jest widoczne? To jest ten przykład, że coś nowego musi przyjść, coś starego trzeba całkiem odrzucić?
- Ja nie chcę stać na pozycji dyrygenta sztuki, czyli takiego, który wie, że ma rację. Bo kimże ja jestem? Wydaje mi się ciągle, że błądzę, że ciągle się mylę na co dzień.
- Ale to demolowanie jest bardzo radykalne...
- ...jest wynoszeniem na wyższy poziom. To słowo użyte jest w stosunku do sztuki. Jak budzę się rano, włączę jakieś media, żeby sprawdzić, co się na świecie wydarzyło, wydaje mi się, że w jednym momencie nienawidzę ludzi. Jestem w strasznym stanie takim emocjonalnym. Przyjeżdżam do biura, tam spotykam Mirka, Martynę i zmienia mi się wszystko. Widzę, że ludzie nie są tacy, jak o nich słyszę w mediach. To otoczenie dookoła mnie daje mi taką siłę do tego, żeby funkcjonować normalnie. Bo są dowodem na to, że możemy żyć razem wszyscy. Jest to strasznie trudne, ale możemy.
- Mówiłeś o tym, że chciałbyś z każdym dyskutować, prowadzić dialog, rozmawiać. A czy ten dialog jest możliwy właśnie po zobaczeniu Ludyn, ale tych prawdziwych? Czy jest dialog możliwy na przykład po... Buczy?
- Jest to cholernie trudne, bo ludzie słuchają tego, kto głośniej krzyczy. A pytałeś, czy to jest możliwe? No pewnie jedyna rozsądna odpowiedź jest taka, że trzeba próbować. Musi się próbować. Inaczej zginiemy w tej masie nienawiści.
- A co czujesz, gdy rzeźbisz Ludyny? Wprowadzają cię w ponury nastrój?
- Nie, nie, nie. Właśnie zupełnie przeciwnie. Praca daje mi dużo satysfakcji. To jest moje życie. Zawsze jak mi było gorzej, to sztuka pozwalała mi na przetrwanie. I do dzisiaj tak jest. Daje mi dużo satysfakcji, to dążenie do prawdziwej wolności. Ta wolność prawdopodobnie jest w nas. Jeżeli będziemy umieli ją hołubić i wyzwolić.
- Czemu właśnie twarze?
- Chodzi mi o znak, o jakiś symbol, piktogram człowieka. To jasny sygnał, o kogo tu chodzi.
- To poproszę o oprowadzenie po wystawie - pokaż ten twój piktogram człowieka.
- Oczywiście, zapraszam...
W galerii poniżej zdjęcia Pawła Kosa z sobotniego (25 kwietnia) wernisażu.




























