
Z urodzenia nowotarżanin, od 30 lat zakopiańczyk. Na Podhale24.pl zakończyliśmy publikację powieści Andrzeja Finkelstina pt. "Melina Lenina, czyli o tym jak Wacek odrabiał wojsko w Poroninie". Wraz z autorem, zachęceni reakcją czytelników, publikujemy kolejne utwory Andrzeja Finkelstina - wybrane opowiadania z tomów pt. "Nokaut" i "Moje podróże autobusikiem". Są to swobodne opowieści i spostrzeżenia na różne tematy społeczne i psychologiczne w formie opowiadań, często czarno-humorystycznych, zazwyczaj mające drugie dno i morał. Kolejne opowiadania publikujemy co wtorek na Podhale24.pl. Dziś pt. "Krzywe Zwierciadło w Planie do Golenia".
Nokaut _ Krzywe Zwierciadło w Planie do Golenia
/Fantastico Chico Blanco/
Poranek zaczął się od rytualnego zdzierania twarzy. Stałem przed lustrem, dzierżąc w dłoni maszynkę do golenia niczym skalpel chirurga i patrzyłem, jak pod warstwą chemicznej bieli znika moja jedyna, prawdziwa maska. To jest jedyny moment w ciągu doby, kiedy nie muszę udawać kogoś, kim nie jestem. Kogoś, kto wie, dokąd zmierza. Bez piany byłem już tylko ja, facet, który im więcej uczy się i czyta, tym bardziej ma wrażenie, że mózg mu wariuje i zostawia puste miejsce na reklamę proszku do prania i temu podobne. Właśnie wtedy do mojej łazienki bez obcesowo wtargnął sąsiad z parteru, pan Zdzisław, choć właściwie już tylko Zdzisław. Skróciliśmy bowiem dystans i przeszliśmy na "ty", kiedy to zrujnował mój nowy ekspres do kawy, usiłując za jego pomocą przemienić śmietanę kremówkę w sztywną piankę do kawy cappuccino. Zdzisław miał tę rzadką cechę, że był przekonany o swoich umiejętnościach jak mało kto. Był przekonany, że z powodzeniem mógłby reperować reaktor jądrowy przy pomocy gumy do żucia, drutu i wiary w siebie, mimo że ostatnią książkę zaledwie "częściowo przeczytał" w trzeciej klasie podstawówki i było to jedynie lakoniczne streszczanie na tylnej stronie okładki.
- Słuchaj, młody - rzekł, ignorując fakt, że stoję z gołą klatą i krwawiącym zacięciem na brodzie, owinięty jedynie w pasie kusym ręcznikiem. - Ten nasz kocioł w piwnicy to przeżytek. Ja tam zajrzałem. Trochę pokręciłem tymi tam regulatorami, odrobinę jedną rurę wygiąłem i teraz będzie grzać jak w piekle. Ja się na tym znam, mam oko do fizyki i technologii.
Wieść ta zmroziła mi krew w żyłach. Ostrze maszynki zamarło milimetry od mojej twarzy. Gdybym drgnął choć odrobinę mocniej, doszłoby do samookaleczenia. Zdzisław był chodzącym, oddychającym i szalenie głośnym dowodem na to, o czym pisali panowie Dunning i Kruger. Stał tam, dumny jak paw, podczas gdy ja, człowiek z trzema dyplomami z inżynierii, gorączkowo zastanawiałem się, czy ubezpieczenie obejmuje wybuch gazu spowodowany "okiem do fizyki i technologii". Okiem domorosłego wizjonera, którego pewność siebie rosła w tempie wprost proporcjonalnym do braku elementarnej wiedzy, zasranego eksperta od wszystkiego, szamana mechaniki wierzącego święcie, że prawa fizyki to jedynie luźne sugestie, które można obejść przy pomocy taśmy izolacyjnej i odrobiny entuzjazmu, i wreszcie geniusza, którego jedyną kwalifikacją była wiara w to, że instrukcje obsługi piszą ludzie pozbawieni wyobraźni. Ostatecznie im bardziej próbowałem mu wytłumaczyć, że ciśnienie statyczne to nie jest coś, co można negocjować, tym bardziej on patrzył na mnie z politowaniem.
-Młody, ty za dużo myślisz - machnął ręką, o mało nie wybijając mi zęba. - Wiedza to jest w palcach, a nie w papierach. Ja tam czuję, że to będzie działać.
I wtedy zrozumiałem. Świat dzieli się na tych, którzy stojąc nad przepaścią liczą wektor upadku, oraz na Zdzisławów, którzy skaczą, bo są święcie przekonani, że grawitacja to tylko opinia naukowców. Ci pierwsi, przygotowani i krytyczni, zawsze czują, że wiedzą za mało. Drżą nad każdym przecinkiem, zaniżają swoje loty, bojąc się, że zostaną zdemaskowani jako ludzie o niskich kwalifikacjach. Ci drudzy? Oni szybują na skrzydłach czystej, nieskalanej refleksją ignorancji i głupoty. Zdzisław wyszedł, zostawiając po sobie zapach okropnej wody kolońskiej i widmo katastrofy. Ja niespokojny wróciłem do golenia, ale mi nie szło. Patrzyłem na swoje odbicie i myślałem o tych wszystkich testach logicznych, w których ludzie z najniższymi wynikami budowali sobie pomniki wielkości. To fascynujące, jak bardzo trzeba być niekompetentnym, żeby nie dostrzec własnej niekompetencji. To niemal metafizyczny stan łaski. Nagle z piwnicy dobiegł przeciągły jęk metalu, a zaraz po nim łoskot przypominający orkiestrę dętą, która wpada do szybu kopalnianego, nie przestając grać.
- Widzisz! - wrzasnął Zdzisław z korytarza. - Słyszysz ten rytm? To się nazywa gładki nurt! Woda płynie jak od linijki, bez żadnych bąbelków czy fikołków!
Wytarłem twarz ręcznikiem. Próbowałem sobie zwizualizować w głowie wodę płynącą jak od linijki. Moja codzienna maska tymczasem wróciła na miejsce. Uśmiechnąłem się do lustra, choć w środku czułem się jak statysta w filmie katastroficznym, który właśnie zauważył, że produkcja o nim zapomniała. Wiedziałem jedno, jeśli kocioł zaraz nie wystrzeli nas w kosmos, to tylko dlatego, że wszechświat ma wyjątkowe poczucie humoru i kocha idiotów bardziej niż inżynierów. Pomyślałem, że warto czasem zdjąć maskę, ale lepiej nie robić tego w towarzystwie kogoś, kto uważa, że wie wszystko. Bo kiedy mędrcy drapią się po głowach, durni budują świat, w którym wszystko działa, dopóki ktoś nie zapyta na jakiej zasadzie. A gdy pytań brakuje, pozostaje nam tylko piana, brzytwa i nadzieja, że Zdzisław nie zabrał się dzisiaj za naprawę fundamentów domu, w którym mieszkasz. To, co nazywamy pewnością siebie, bywa często po prostu brakiem danych. I w tym radosnym chaosie golenie staje się jedyną czynnością, którą potrafię wykonać bez poczucia, że oszukuję przeznaczenie. Przynajmniej, dopóki nie spojrzę na swoje stopy i nie zobaczę, że znów założyłem skarpetki nie do pary. Ale o tym na razie cisza.
Dwa kwadranse później Zdzisław przyszedł ponownie, tym razem zapukał i wlazł do mojego mieszkania trzymając w ręku coś, co przypominało skrzyżowanie lancy ułańskiej z anteną satelitarną.
- Młody, nie dziękuj, ale poprawiłem ci zasięg Wi-Fi - oznajmił, wchodząc do mieszkania bez pukania, jakby był kuratorem moich życiowych porażek. - Podpiąłem twój router pod rynny. Teraz cała kamienica ciągnie sygnał z twojego mieszkania.
Przerwał na chwilę by zaczerpnąć powietrza a może po to, żeby zobaczyć moją reakcję, nie wiem już sam.
- Co ty tak skrobiesz tymi paluchami tę brodę? Goliłeś się maszynką? I co? Lipa! Maszynka to przeżytek. Ja to bym się golił szlifierką kątową, tylko z taką tarczą do polerki. Szybciej, dokładniej, a i peeling masz od razu na zawołanie.
Wywróciłem oczami. Ten suchar był tak żenujący, że nawet ekipa u Barei dostałaby od niego mdłości. No i komu poprawił ten zasięg, temu poprawił, ale na pewno nie mnie, właścicielowi routera. Zdzisław stał nade mną, promieniując aurą człowieka, który właśnie wynalazł koło czy odkrył ogień, cholera wie, choć w rzeczywistości jedynie poluzował śruby w wózku jakiegoś niemowlaka. Patrzyłem na niego przez resztki ulatującego spokoju, czując fizyczny ból, jaki daje tylko dogłębna wiedza o wytrzymałości materiałów. On nie miał takich dylematów. Dla niego świat był plastyczną masą, którą można było dowolnie ugniatać, ignorując zbędne detale takie jak fizyka, logika czy zdrowy rozsądek.
- Wiesz, Zdzisiu - wykrztusiłem wreszcie, ocierając pot z czoła - to, co robisz z tymi rynnami... to może wywołać sprzężenie zwrotne.
- Sprzężenie to ty masz w głowie od tych książek! - zaśmiał się mi prosto w twarz szczerząc pożółkłe zęby i poklepując po ramieniu tak mocno, że o mało nie upadłem. - Ja tam mam intuicję. A intuicja to jest coś, czego ty w tych swoich instrukcjach nie znajdziesz.
I masz tu babo placek! Wyszedł, nucąc pod nosem temat ze Star Wars, a ja usłyszałbym pewnie, jak w kuchni telewizor zaczyna odbierać sygnały z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, gdyby nie to, że w tym samym momencie kocioł w piwnicy wydał z siebie ostatnie, przedśmiertne tchnienie. Zdzisław był geniuszem w krainie ślepców, a ja byłem jedynym, który widział nadchodzącą ciemność, lecz bałem się o niej wspomnieć, żeby nie wyjść na przemądrzałego.
Nagle w progu stanęła pani Halinka, żona Zdzisława, trzymając w ręku pogrzebacz i mierząc męża spojrzeniem tak lodowatym, że nawet on, człowiek odporny na wszelkie prawa natury, wyraźnie stracił fason i jakby nieco się skurczył.
-Zdzichu, ty kretynie, przywróć natychmiast kształt tej rury od kotła, zanim nas wszystkich wyślesz na orbitę bez biletu powrotnego - syknęła, po czym jednym sprawnym ruchem zakręciła gaz w mojej kuchence, nie wiedzieć po co.
Spojrzała na mnie z litością i dodała cicho, że jedyną rzeczą, jaką Zdzisław naprawdę potrafi przewidzieć, jest godzina otwarcia monopolowego, a cała ta jego "intuicja" to tylko maska nałożona na zwyczajne, pospolite lenistwo intelektualne i niedouczenie.
Wtedy przypomniałem sobie słowa pewnego duchownego, że błąd jest błędem nawet jeśli wszyscy są w błędzie, zaś prawda jest prawdą, nawet jeśli jej nikt nie uznaje.
***
W procesie twórczym wykorzystano wsparcie AI w zakresie przetwarzania i redagowania.