
40 lat na scenie, ale wyjść na nią w piątkowy wieczór łatwo nie było. Nie puszczali przyjaciele, którzy nowotarskie MCK wypełnili do ostatniego miejsca i witali, ściskali, zatrzymywali do wspólnych selfie. Taki był początek jubileuszowego koncertu Piotrka "Lupiego" Lubertowicza. A potem, podczas samego koncertu, salę widowiskową po raz pierwszy rozświetliły dziesiątki ekranów włączonych smartfonów. Bo nagrywania tej imprezy nikt nie zabraniał.
Po czterech dekadach artystycznej pracy przyszła pora na uhonorowanie gitarzysty, wokalisty, autora tekstów, rodowitego nowotarżanina, współtworzącego życie kulturalne stolicy Podhala, bez którego byłoby ono na pewno znacznie uboższe.
Przypomnijmy tylko krótko: występował m.in. na festiwalach Rawa Blues, Rockowisko, Jarocin Festiwal, Bieszczadzkie Anioły. Koncertował w USA, Niemczech, Austrii, Dani i na Słowacji, ma na swoim koncie wiele nagrań, np. w 2015 roku ukazała się jego solowa płyta Lupi & Friends "Moja Muzyczna Podróż" z udziałem m.in: Wojciecha Klicha, Andrzeja Serafina, Roberta Lenerta i nowotarskiego "New Market Jazz Band".
Grał i współpracował z najlepszymi, m.in. ze Sławkiem Wierzcholskim i Nocną Zmianą Bluesa, z zespołami Monkey Buissines i Easy Rider, z Carlosem Johnsonem z USA, z muzykami Breakout - legendarnej grupy Tadeusza Nalepy, czy z Jackiem Dewódzkim - byłym wokalistą grupy Dżem, który zresztą był drugim bohaterem wczorajszego koncertu. Prócz rzeszy nowotarżan, przyjechali na niego ludzie z całego Podhala, z Krakowa, Nowego Sącza, Warszawy.
Byli, oczywiście, również przyjaciele z Bieszczad, na czele z Andrzejem "Żmiju" Borowskim - artystą malarzem, przyrodnikiem i rzeźbiarzem, uznawanym dziś za jedną z najbardziej charyzmatycznych postaci tej oazy spokoju i z bardem Maciejem Jóźwikiem i Michałem Lichotą, dzięki którym w MCK nie zabrakło i bieszczadzkich klimatów. Bo na "bieszczadzkich" płytach Lupi też znaczy swoje nuty.
Przede wszystkim jednak było to show Piotra, który po odebraniu kwiatów i dyplomu od burmistrza Watychy, grał, śpiewał i wspominał. O Robercie Cudzichu, z którym na schodach klatki schodowej odkrywał jazz, bluesa i rocka, o latach młodości w Nowym Targu, o pierwszej miłości z ławy szkolnej, dla której powstała "Piosenka o pożądaniu", o Dylanie, Hendrixie i ich wpływie na jego twórczość, o przyjaciołach - Kasi i Mariuszu Myśliwcach, którzy są dla niego jak najbliższa rodzina.
Sypały się nazwiska, sypały wspomnienia, ot, choćby to o przebitej w ósmej klasie ręce, w której stracił władzę, i którą "wygimnastykował" później na gitarze siostry.
Płynęły własne piosenki Piotra i jego aranżacje utworów tych najznamienitszych, wśród nich słynnego "Idzie Wenus" Nalepy, były muzyczne sztuczki, jak gra na gitarze narzuconej na plecy czy ze szklanką, wędrującą po gryfie.
- Jestem jednym z was. Przede wszystkim jestem nowotarżaninem. Staram się nie iść na łatwiznę i kompromisy, staram się być dobrym i uczciwym człowiekiem, a przede wszystkim nie schodzić ze ścieżki, którą obrałem, czyli pasji do muzyki - mówił Piotr, który po swoich solowych popisach zaprosił na scenę Jacka Dewódzkiego z zespołem. I resztę prawie trzygodzinnego koncertu obaj poświęcili tej muzyce, która odejść w zapomnienie lub zestarzeć się nie ma prawa, czyli muzyce "Dżemu", w którym Dewódzki - współpraca z nim łączy Lupiego od 30 lat - przejął pałeczkę po charyzmatycznym Ryszardzie Riedlu. Zabrzmiały: "W życiu piękne są tylko chwile", "Czerwony jak cegła", "Sen o Wiktorii", "Whisky moja żono", a na koniec "Sto lat" dla Piotra, do którego przyłączyli się wszyscy obecni w sali widowiskowej MCK-u.
Piotr Dobosz