
FELIETON. O tym, że poziom edukacji w Polsce pozostawia wiele do życzenia, wie o tym niemal każdy obywatel, choć chyba nie każdy z decydentów tzw. szczebla ministerialnego. A dzieje się to ponad 250 lat od powstania przełomu w narodowym nauczaniu za sprawą Komisji Edukacji Narodowej.
Jak donoszą przekazy historyczne, ten zespół ludzi, których dzieliły zarówno sympatie polityczne jak i osobiste animozje, na obszarze Komisji współpracował niezwykle zgodnie i efektywnie. Dzisiejsi zbawcy systemu edukacji, próbujący wejść w ciżmy Stanisława Konarskiego ze swymi pomysłami pretendują co najwyżej do klapek, co mogłoby także odnosić się do skojarzeń krążących po Nowym Targu. Nie czując się jednak powołany do oceny krajowego systemu edukacji, odniosę się do tego, co mamy pod ręką. Z racji spędzonych tu pół minionego wieku przedtem i minionych dwóch lat obecnie, obraz nauczania w stolicy Podhala jawi mi się znacznie jaśniej, niż ten odmieniany przez wszystkie przypadki do Karpat do Bałtyku.
Od dekad możemy poszczycić się zacnymi pedagogami i zdolną młodzieżą, która w szkolnych murach zdobywa laury ogólnokrajowych konkursów, szturmując potem bramy renomowanych uczelni, głównie krakowskich, bo najbliżej. Dyplomy nie są czymś tu czymś nadzwyczajnym, czasem tylko niepotrzebnie do sal lekcyjnych wchodzi polityka. Ale dziś od niej z daleka…
Właściwe podejście do kształcenia młodych ludzi powinno zaczynać się w domu, zaś szkoła winna szlifować charaktery i przydawać wiedzy. Dzisiejsza, bezstresowo wychowywana smarkateria często za nic ma wartości wpajane w trudnych czasach poprzednich pokoleń. Nie zaznawszy głodu, wojny czy upokorzeń, chłonie konsumpcyjne postawy, przybrana w ekstrawaganckie ciuchy i dowożona do szkół w fotelach wypasionych bryk. Pal sześć, jeśli wyrosną na przyzwoitych ludzi, mądrze gospodarujących posiadanymi po rodzicach zasobami, jednak obawę budzą niebezpieczne zjawiska współczesnej cywilizacji, które chyba jeszcze mam nadzieję, nie opanowały aż tak bardzo młodych ludzi nad brzegami Dunajców. Sęk w tym, aby bliżej im było na stadion, niż do Mc Donaldsa.
Biadolimy nad nowotarskim hokejem, ale to nie przyszło z dnia na dzień. Kiedyś nie byłoby o tym mowy i to nie z powodu kasy wykładanej przez kombinat obuwniczy na zawodników czy lodowisko. W latach sześćdziesiątych, kiedy wyrastała potęga „Szarotek”, jedną z formacji mogło wystawić nowotarskie Liceum Ogólnokształcące, drugą Technikum Ekonomiczne. W pierwszej piątce trzecioligowych koszykarzy SRzKS „Gorce” wespół z licealistami grali uczniowie Technikum Skórzanego, a po piętach deptały im chłopaki z Wetu; podobnie było na bieżniach i skoczniach stadionu koło stacji. To zasługa m.in. takich nauczycieli wychowania fizycznego jak Kazimierz Kaczmarczyk, Stanisław Piłat, Lucjan Pustówka czy Ludwik Dworski, także i potem absolwentów WSWiF Juliana Szopińskiego, Mieczysława Gotfrieda, Tadeusza Gruszki czy Tadeusza Bulasa. A od dekad historię nowotarskiego sportu szkolnego tworzy niezmordowanie Piotr Jabłoński, który pamięta jeszcze zapewne czasy SKS-ów…
Dziś, wobec kuriozalnych trzech(!) programowych godzin wychowania fizycznego w tygodniu, instytucjonalną formą integracji nauki ze sportem są szkoły mistrzostwa sportowego, do której nasze miasto nie ma zbytniego szczęścia. Różne koleje je losu spotykały, aby umrzeć śmiercią naturalną, choć w międzyczasie wyszli stamtąd nasi czołowo hokeiści – Kapica, Michalski, Neupaer. Do wspierania sportu akademickiego nie kwapiła się też za bardzo nowotarska PWSZ, zwana „Podhalanką”, nie wypaliły klasy sportowe przy Liceum Goszczyńskiego, a na utworzenie odrębnego liceum sportowego także nie zdecydowało się Starostwo.
Dziesięć lat temu, a więc w czasie zmian w miejscowym samorządzie, pojawił się wcielony niebawem w życie zamysł powstania niezależnej od władzy szkoły sportowej, kojarzony wówczas z nazwiskami Andrzeja Podgórskiego, Aleksandra Bukańskiego czy Tomasza Gorczyka. Tak powstało Niepubliczne Liceum Sportowe „Podhale” Nowy Targ, w którym nastąpiła pełna integracja nauki ze sportem (gdzie zamiast 3-ch jest 16 godzin wychowania fizycznego), ukierunkowanego na „nowotarskie” dyscypliny sportowe: hokej na lodzie, piłka nożna czy tenis stołowy. Dziś jest to pięć oddziałów, skupiających 76 uczniów na poziomie szkoły średniej, nad którymi objęła pieczę po swoim mężu pani Maria Kopeć, znany i zasłużony nowotarski pedagog. To liceum sportowe, po części finansowane przez MEN i czesne, opłacane przez rodziców i oczywiście przez miejscowych darczyńców, dorobiło się już pół setki absolwentów, choć w wyniku pseudo reformy oświatowej nabór nie jest nadzwyczajny. W tym roku zgłosiło się 12 piłkarzy i …2 (dwóch!) hokeistów. Jednak renoma szkoły wykracza już poza granice Podhala; zgłaszają się tu uczniowie z Krakowa, Łodzi, Sanoka, a nawet z Torunia.